Stół stałych bywalców w „Złotym Orle”

Stół stałych bywalców w „Złotym Orle”
Wesołe opowiadania  Otto Fritz Glauera
Der Stammtisch im “Goldenen Adler”.
Lustige Geschichten von Otto Fritz Glauer

Der Stammtisch im “Goldenen Adler”. Lustige Geschichten von Otto Fritz Glauer,  Pitschen O.S.,
Heimatkalender 1926, s.40-43.
Źródło: Śląska Biblioteka Cyfrowa

IV

Najwyższy kontroler Sibold wkrótce po tym (1883), kiedy Angra Pequena i Kamerun znalazły się w niemieckim posiadaniu, przywiózł interesujące wiadomości z tego nowego kraju cudów. Miał je od swojego brata, który jako jeden z pierwszych tam dotarł. Czytał jego listy o postępach w niemieckich faktoriach i puścił w obieg zdjęcie, na którym brat w ramię w ramię z rdzennym „homo Africanus” pokazany jest na mistrzowskim dagerotypie. Po czym dyskutowano, oglądając ten obraz, o wartości niemieckich kolonii i ich późniejszej eksploatacji, przedstawiając wszystkie za i przeciw. Naraz odezwał się mistrz budowlany, który jeszcze trzymał obraz w ręce i w zamyśleniu go studiował: „Jedno pytanie, drogi celniku, który z tych dwóch jest pana bratem?”
Wtedy po twarzach starszych panów przebiegły wesołe uśmieszki jak krążący oddech wiatru nad gładkim lustrem wody. Wszyscy spojrzeli na nadkontrolera w niemym wyczekującym pytaniu: „Co powiesz teraz?”
Jednak celnik pozostał poważnym. Zrobił taki grymas, że źrenice wpadły w wahadłowe kołysanie i odpowiedział: „ To ma być żart miły budowlańcu Rütselman, prawda? Rozumiem i muszę panu powiedzieć: pana pytanie dowodzi, że nie posiada pan najmniejszego pomysłu na intelektualne tego rozumienie.”.
Powiedziawszy to, przyłożył do ust swoją miarkę, która była okrągła i pełna.

V

Innym razem doktor opuścił przedwcześnie stół. Następnego dnia planował podróż do Wrocławia i chciał skorzystać z dyliżansu, który odjeżdżał o poranku do Wołczyna. Było to w listopadzie i na dworze panowała przykra pogoda. Z ciężkim sercem doktor wypił swój ostatni kielich, odział się swoim havelockiem i do przyjaciół, którzy żegnając się, ściskali mu rękę i życzyli spokojnej nocy, udanej podróży i szczęśliwego powrotu, mrugał tak porozumiewawczo, jakby chciał powiedzieć: „No, dzisiaj nie uda wam się znów mnie skusić!”

Po krótkim czasie, po tym kiedy doktor opuścił lokal, wszedł woźnica barona L. z sąsiedniej wioski R. Wypił jednego, co przy tej mokro – zimnej pogodzie było do wybaczenia. Jego córka była na posłudze jako opiekunka do dzieci u mistrza budowlanego Lohna, a on sam był od zawsze sługą rodziny barona i znało go całe miasto.
-Człowieku, Franz- zapytał go mistrz budowlany. – Co pan porabia w naszym szlachetnym mieście tak późno i jeszcze przy takiej pogodzie?
– Przywiozłem pana hrabiego R. do P., który był u nas w odwiedzinach, panie mistrzu budowlany. Jadę teraz „na pusto” do domu. Nie… taka pogoda, to lepiej żadna…, zdrowie! Można się nabawić przeziębienia i wtedy dopiero się ma…. Chcę się tylko szybko napić jednego… konie nie chcą stać!
– Całkiem prawidłowo, Franz, pan pozwoli tylko na jednego – powiedział mistrz budowlany, przez którego umysł przebiegła diabelska myśl. – Zdrowie pana ojca!. Paulino! Jedną dużą żytniówkę dla tego mężczyzny! Niech pan powie, Franz, jak się powodzi waszemu panu?
– Nieszczególnie, panie mistrzu budowlany. Wie pan przecież, że przy takiej pogodzie zawsze idzie mu w nogi.
– Niech pan słucha, Franz – mistrz budowlany wziął woźnicę na bok.- Planujemy zrobić psikusa doktorowi Gottschalkowi i pan musi nam w tym pomóc. Nie należy wątpić w dobry napiwek – przemawiał cicho do niego.
Franz wprawdzie na początku potrząsał znacząco głową, ale gdy zrozumiał, wzruszył ramionami, pomyślał chwilę, spojrzał na zegarek, upewniwszy się co do sowitego napiwku, wypił drugą i trzecią żytniówkę. Uroczysta obietnica wykluczenia jego osoby w razie ewentualnych następstw skłoniła go do wszystkich haniebnych czynów.

W tym czasie doktor leżał pogrążony w najgłębszym śnie i chrapał jak hipopotam. Nagle obudziło go gwałtowne pukanie do drzwi wejściowych. Zerwał się jednym ruchem.
– Ki diabeł?- dzwonek miał starannie wyłączony i teraz ktoś walił jak opętany do drzwi. Doktor się zastanowił. – Czyżby to znowu jego dobrzy przyjaciele? Niech się tłuką, a potem idą do diabła!- i wyciągnął się w miękkim puchu.
Jednak pukanie nie ustawało i stało się tak mocne, że jego gospodyni Minna się obudziła. Doktor słyszał jej ugadywanie się z jakimś mężczyzną, następnie jej szurające kroki i niepewne pukanie do drzwi sypialni:
– Panie doktorze, woźnica pana barona L. z R. przyszedł, by był pan łaskaw natychmiast przybyć!
– Przekleństwo! Czy ci ludzie powariowali? Czy dzień nie jest dość długi, by zachorować?
Otworzył okno. Na dworze światło drgającej lampy ulicznej słabo oświetlało dobrze mu znaną pańską karocę. Jednak doktor nadal był podejrzliwy:
– Franz, jest pan?
– Tak, panie doktorze.
– Do diabła, raz jeszcze! Franz, co pan wymyślił? Przy takiej świńskiej pogodzie wyciąga mnie pan z łóżka, kiedy ja jutro muszę do Wrocławia?
– Pan doktor zechce wybaczyć, ale pan baron usilnie prosi!
BUM! Okno się zatrzasnęło. Przez jakiś czas słychać było zmierzłe wołanie, przewracane stołki, trzaskające drzwi, po czym do ogrodu owinięty w niezliczone płaszcze i koce wyszedł jak wędrujący globus mały gruby doktor, a Minna z lampką olejową dreptała za nim.
– A więc naprzód, Franz, po trzykroć do diabła!
Franz strzelił z bata i konie lekkim kłusem pociągnęły prosto… do „Złotego Orła”. Tam pod osłoną dachu drzwi wejściowych stali kochani towarzysze od stolika i przywitali przechytrzonego śpiewem: „Co tam przybywa z góry?”.
Pan doktor wykrzykiwał coś o smole i siarce, wzywał starostę i policję aż mu zabrakło tchu, powoli się jednak uspokoił i ostatecznie łaskawie pozwolił się zaprowadzić do stołu.
Tam energicznie żądał wyjaśnień, które wkrótce otrzymał. Odnalazł się z humorem w tej sytuacji, choć wprawdzie burczał kilka razy: „Franz, ta kanalia!” Jednak był całkowicie zadowolony, gdy Paulina przystawiła na ogniu nowy dzban węgierskiego.
I dyliżans o świcie jechał do Wołczyna bez doktora…

VI

Wiedzę o założeniu okrągłego stołu przekazuje nam zdjęcie z 1801 r., które jeszcze dzisiaj za szkłem i w ramie wisi nad zarezerwowanym stołem. Widać na nim pewną liczbę wesołych starszych panów w staromodnych strojach i swobodnych pozach zgrupowanych wokół beczułki ze szlachetnym trunkiem z jęczmienia. Kilku z nich, szczególnie zasłużonych na rzecz miasteczka, nadal żyje w pamięci dzisiejszej generacji, tak jak pastor prim. Wothe, prosty, skromny mężczyzna, który 32 lata piastował swój urząd w Byczynie i wiele dobrego uczynił; następnie mistrz budowlany Hempel, który przeprowadził wspaniałą renowację kościoła ewangelickiego, następnie właściciel hotelu Julius Przyrembel, który jako major przez trzy dziesięciolecia przewodził gildii strzeleckiej, wreszcie kupiec E.G. Goy (zwany Ce-us), późniejszy właściciel strzelnicy.
O tym pierwszym gronie stałych gości opowiada legenda:

Pewnego wigilijnego wieczoru po Pasterce zebrali się panowie przy jednym małym wieczornym piwku. Rozstali się jednak wkrótce, by wieczorne godziny spędzić w gronie swych rodzin i nie zaniedbać dzielenia się prezentami. Jednak trzej kawalerowie z tego kółka, mianowicie: aptekarz, proboszcz i asesor, na których w domu nikt nie czekał, początkowo nie wiedzieli, co z tym wieczorem począć. Zostali przez tego pierwszego zaproszeni, by w jego laboratorium rozkoszować się jeszcze jednym „Brändel”- napojem ponczowym, w przygotowaniu którego aptekarz był uznanym mistrzem.
Przybywszy do apteki, gospodarz rozpoczął z drobiazgową starannością wszystkie przygotowania: przyniósł dużą wazę, wlał jedną butelkę czerwonego wina i jedną araku, nałożył na to sito, do którego włożył olbrzymi kawał cukru kandyzowanego, po czym sowicie nasączył ten cukier wodą czereśniową i za pomocą fidybusa zapalił. Obaj goście patrzyli nabożnie i pełni uznania, i w milczeniu palili swoje fajki.
Powoli sączył się rozpływający cukier do wazy, której zawartość z każdą spadającą kroplą stawała się coraz gorętsza i mocniejsza. Po kilkukrotnym polaniu i spalaniu poncz był gotowy. Wtedy aptekarz uroczyście wygłosił nad nim w nieznanym języku swoje błogosławieństwo: „Matschattai il tranko guttenti”. Proboszcz objaśnił to jako mieszaninę hebrajskiego, sanskrytu i hottentotu, a rozbawieni panowie wznieśli toast i pomyśleli o minionych czasach.
Wkrótce druga porcja okazała się niezbędną, gdyż pierwsza w stosunku do zdolności triumwiratu w zbyt skromnym wymiarze została sporządzona. Robiło się coraz przyjemniej i asesor, który w szufladzie odkrył karty do gry, zaproponował małą partyjkę. Ochoczo przychylono się do tej propozycji i po krótkim czasie trzej przyjaciele, pogrążeni w grze, zapomnieli o Bożym świecie. Burza śnieżna hulała wokół domu i wiatr jęczał w kominie, okiennice stukały, drzwi przedsionka stękały i skrzypiały – gracze tego nie słyszeli, bo proboszcz miał dobrą passę. Liczbę za liczbą pisał kredą na stole. Czas posuwał się nieubłaganie, z wieży ratusza zabrzmiała głucho i ciężko dwunasta godzina – gracze tego nie zauważyli.
Wtedy otworzyły się drzwi i wszedł do środka wysoki mężczyzna w zielonym mundurze do polowania, z haczykowatym nosem i ostrą bródką, w narzuconym mokrym od śniegu płaszczu, zniszczonym kapeluszu z czerwonym piórem koguta na głowie. Trzej przyjaciele nie zwrócili na niego uwagi, bo akurat była wysoka karta. Obcy nie powiedział ani słowa, milcząc przystąpił do stołu, ze skrzyżowanymi ramionami uważnie przyglądał się grze.
Wtedy upadła proboszczowi jedna karta, więc wziął lichtarz ze stołu, by ją odszukać. Gdy się schylił, zobaczył tego obcego mężczyznę i zauważył też natychmiast, że ten ma końskie kopyto.
Szybko opanował się, chwycił kredę, narysował krzyż na stole i zawołał: „Apage, satanas!” Wtedy diabeł wyjechał z hukiem grzmotu przez sufit, pozostawiając obłok z dwutlenku siarki. Trzej przerażeni gracze rzucili wszystko i w popłochu rozpierzchli się do domów. Aptekarz tę noc spędził u asesora.
Ta sprawa się rozniosła, została jednak przez świadków zmieniona tak, że aptekarz chciał swoim przyjaciołom przedstawić eksperyment, przy czym zdarzyła się godna pożałowania – dzięki Bogu – przebiegająca bezkrwawo eksplozja. Tymczasem niewielu uwierzyło w to wyjaśnienie.
Miejsce wyjazdu szatana nawet dzisiaj jest widoczne. Wapnowanie i malowanie nic nie pomogło, wciąż na nowo farba się kruszy.
Tak opowiadała mi nasza stara niania, więc ta historia musi być prawdziwa!
Kto nie wierzy, niech zapomni.

 

Tłumaczenie: Elżbieta Bereska
Opracowanie: Anna Bereska – Trybuś


 

Rating: 5.0/5. From 2 votes.
Please wait...

Komentarze są wyłączone.