Bitwa pod Byczyną -Glauer

Bitwa pod Byczyną dnia 24 stycznia 1588 r.

Die Schlacht bei Pitschen am 24.Januar 1588.

O. F. Glauer, Wie’s daheim einst war. Bilder aus der Vergangenheit der Stadt Pitschen von Otto Fritz Glauer,
Kreuzburg O.S.,1928.

Źródło: Opolska Biblioteka Cyfrowa

Dokument 1

Dokument 2

Dokument 3

Dokument 4

Dokument 5

Dokument 6

Dokument 7

Dokument 8


Po śmierci Stefana Batorego, księcia Siedmiogrodu, który w 1575 r. uzyskał polską koronę i w Grodnie w 1588 r. nieoczekiwanie zmarł, głosy wyborców nowego króla w Polsce były podzielone w ten sposób, że niektóre padły na Zygmunta – króla Szwecji, inne na Maksymiliana – królewicza Austrii. Wdowa po Batorym, która nie pozostawała bez wpływu na wybór króla i wszystkie swoje plany wprowadzała w czyn, popierała Zygmunta – syna swej siostry. Po jednym dosyć burzliwym polskim Sejmie magnaci podzielili się na dwie frakcje: Zamoyskich, którzy głosowali na królewicza Zygmunta i Zborowskich forsujących na króla Polski arcyksięcia Maksymiliana z Austrii. Z tego powodu doszło do wojny domowej i obie partie wyszły w pole.

 

Maksymilian przegapił korzystną sytuację opanowania Krakowa i później bezskutecznie starał się zdobyć to umocnione przez Zamoyskiego miasto. Ciągnął więc wzdłuż śląskiej granicy do Wielunia, który się słabo bronił, i w tym miejscu założył swą kwaterę główną. Jednak został zmuszony również to miasto zostawić Zamoyskiemu i przez Prosnę udać się na Śląsk.
Śpiący, zmarznięty i zmęczony Maksymilian dnia 23 stycznia 1588 godzinę przed północą, o 23.001, ze swoimi siłami przybył do Byczyny. Doradzano mu rychło wyruszyć do Namysłowa, ale że w międzyczasie konny posłaniec zameldował przybycie Czechów i on sam przewidywał też wkrótce przybycie Węgrów, postanowił pozostać w mieście.

 

Nic jeszcze nie stracił, ponieważ albo mógł obronić przed nadciągającą armią Zamoyskiego tę długą, strategiczną, otoczoną mokradłami tzw. Królewską Groblę2, którą wróg na pewno by wykorzystał, gdyby chciał się dostać do miasta, i tę drogę przez granicę całkowicie zamknąć albo mógł części wrogiej armii pozwolić przejść przez Groblę, bez przepuszczenia artylerii i to posunięcie mogłoby zaskoczyć. Mógł wreszcie tę umocnioną przez sztukę i naturę Byczynę, użyć jako punktu oporu, tu się okopać i tak długo stosować wypady przeciw wrogowi, aż udałoby się sprowadzić posiłki albo swoją małą armię wycofać. Wszystko to zostało przez Maksymiliana zaniedbane, bo się nie spodziewał, że Zamoyski podąży za nim przez śląską granicę, co oznaczało naruszenie granic austriackiego terytorium. Ale hetman był daleki, by mieć to na uwadze. Ruszył na Byczynę i kiedy rozległ się krzyk: „Wróg jest tu!” i się on potwierdził, Maksymilianowi nie zostało nic innego jak 24 stycznia, w niedzielę, przyjąć bitwę.

 

Swoje stanowisko oparł lewym skrzydłem o Górę Krzyżową i rozciągnął stopniowo w dolinę na Roszkowice. Miał tu około 500 mężczyzn. Prawe skrzydło składało się z oddziału Węgrów, 30 arkebuzerów, 300 niemieckich koni, oddziału 100 jeźdźców, czeskich strzelców i piechoty Heinricha von Waldau. Liczba wojsk Zamoyskiego była szacowana na 12 tys.

Bitwa nie trwała długo, zwycięstwo po godzinie rozstrzygnięto na rzecz Zamoyskiego. Dziwne było przy tym, że tak mało Polaków pozostało przy Maksymilianie. [W polu] Polacy trafili na Polaków, Węgrzy na Węgrów, a Niemcy na Niemców. Najbardziej zawzięcie walczyli Węgrzy. Jako pierwsze odstąpiły oddziały czeskie, których tchórzostwo bardzo się tego dnia przyczyniło do przegranej. Później Polacy rzucili się do ucieczki i zostali rozbici. Po godzinie w ich ślady poszli Niemcy. Arcyksiążę Maximilian, który z Góry Krzyżowej dowodził bitwą i kilkakrotnie dał dowód swojej odwagi, poczuł się przez haniebną ucieczkę swoich tak dotknięty, że sam chciał się rzucić na największe skupisko wroga. Kiedy jednak też ta ostatnia jazda, która na początku, na pierwsze spotkanie wojsk Zamoyskiego, przeprowadziła tak gwałtowny atak, teraz też była w odwrocie, na usilne nalegania swego otoczenia odstąpił i odjechał z powrotem do Byczyny, nie będąc w żadnym wypadku zdecydowanym, by tu się poddać. Stracił 3077 mężczyzn, tylko kilkuset pieszo i konno było w stanie uratować się w mieście.

Arcyksiążę trwał jeszcze jakiś czas na rynku w kręgu nielicznych, którzy przy nim zostali. Był zdecydowany na wypad. Jednak z wszystkich stron odradzano mu to i był usilnie proszony, by swoich nie narażać na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Udał się zatem do ratusza, by znaleźć wyjście z sytuacji i naradzić się nad warunkami kapitulacji. Krótki czas, jaki mu pozostał aż do negocjacji, wykorzystał, by spalić całą skrzynię listów i rejestrów, a z tablicy do pisania wymazać wszystkie adnotacje.

 

W tym czasie wojsko Zamoyskiego otoczyło mury Byczyny i podpaliło domy leżące przed bramą. Plądrowało i groziło wszystkim zagładą, gdyby nie nastąpiła kapitulacja. Po kilkukrotnych negocjacjach Maximilian wreszcie nie widział żadnych przeszkód i poddał się na następujących warunkach: arcyksięciu zapewniono czcigodne traktowanie, szlachta niemiecka miała uzyskać wolność w zamian za okup, Polakom zapewniono bezkarność, jeńcy (około 1500 osób) po złożeniu broni mieli być uwolnieni.

Po zakończeniu pertraktacji Maximilian spożył jeszcze kuropatwę i wypił szklankę wina, po czym udał się w asyście polskiej i niemieckiej szlachty do obozu Zamoyskiego. Został tu przyjęty z honorami. Niespotykane było pomiarkowanie, z jakim Zamoyski potraktował swoich szlachetnych więźniów: gdy arcyksiążę u zwycięzcy jadł, ten z gołą głową stał, choć Maximilian kazał mu usiąść.

W poniedziałek dnia 25 stycznia rada i społeczność Byczyny posłały pismo z prośbą do wielkiego kanclerza Zamoyskiego, na co ten odpowiedział: „Mimo że książęta śląscy stali na czele walczących przeciwko mnie, jednak nie obawiajcie się, daruję wam życie, moja dziatwo” W tym samym dniu przyszła polska delegacja do miasta, by przeglądnąć rzeczy Maximiliana, opisać je i opieczętować. Poza tym w poniedziałek był spokój.

We wtorek znów przyszła delegacja do miasta i odebrała od wszystkich członków pocztu Maksymiliana przysięgę, że poddadzą się decyzjom króla Zygmunta i Senatu i niczego przeciw królowi i Rzeczpospolitej nie podejmą. Następnie musieli złożyć broń. Wszystko, co jeszcze przy sobie mieli, stało się zdobyczą żołnierzy. Później otwarto bramę i 1500 jeńców eskortowanych przez 100 Niemców i 100 kozaków mogło ją przekroczyć.

 

Po tym, gdy wojsko odeszło, rozpoczęło się to całe nieszczęście godnego pożałowania miasta. Kanclerz cofnął się parę mil i teraz oddano miasteczko Polakom, Tatarom i kozakom. Z wyjątkiem kościoła, ratusza i dwóch małych domków zostało całkowicie spalone, mieszkańcy strasznie męczeni i maltretowani, szczególnie burmistrz Martinus Maldrzyk i pisarz miejski Johannes Maczka, bo sprzeciwili się wydaniu miejskiego skarbca.

Kościół, który ostatecznie się ostał, został całkowicie splądrowany przez motłoch. Na epitafium Albertusa Opali w południowej nawie naszego kościoła jeszcze dzisiaj można zobaczyć ślady barbarzyńskich poczynań Polaków i Tatarów z owych straszliwych dni. Również organy zostały zdemolowane, jak głosi usunięty w 1888 roku napis na północnej ścianie: „Anno autem 1588 belli tempore destructum” („W roku 1588 w czasie wojny zniszczone”).

 

Podczas gdy miasto się paliło, przyszedł jeden z kozaków (jeden z wyjątkowo okrutnego narodu) do ówczesnego duchownego Bartholomäusa Benkiusa i ostrzegł go, by wyniósł się z miasta, aby się ratować. Proboszcz był zaskoczony i wystraszony, nie wiedział, co ma robić i czy ma się odważyć z tym kozakiem opuścić mury. Kozak szczęśliwie przeprowadził go wraz z żoną przez strefę wojskową aż do polskiego obozu. Gdy byczyński duchowny przeszedł niebezpieczną strefę i oglądał całe miasto w ogniu, przyszedł drugi żołnierz, przyniósł mięso i chleb i, śmiejąc się, powiedział: „Jedz, Niemcze!” Potem nie było już niebezpieczeństwa. Biedny duchowny pełen zgryzoty i bólu, nie potrafił temu żołnierzowi nic powiedzieć, jednak przyjął jego dar z wdzięcznością. Pan Bóg poruszył też serce trzeciego polskiego żołnierza, który mu dał ugotowanego kapłona i wezwał, by był dobrej myśli.

Gdy ksiądz przyszedł trochę do siebie pomyślał o łasce, którą mu Bóg przez wrogów uczynił, poprosił o umożliwienie mu złożenia wizyty łaskawemu i wielmożnemu panu kanclerzowi. Znalazł się też mężczyzna gotów mu w tym pomóc i go zaprowadził wraz z żoną i jeszcze dwoma innymi do Zamoyskiego. Gdy go ujrzeli, padli wszyscy na ziemię i oddali mu pokłon. Duchowny powiedział: „Ojcze, przyjmij nas łaskawie, choć byliśmy nieposłuszni.” Na to kanclerz kazał mu wstać, zapewniał, że nie czuje radości wobec jego nieszczęścia, uspokajał go i podarował mu pieniądze. Za to podziękował kanclerzowi następującymi słowami: „Hostis es an hospes? Nam quis to dixerit hostem, qui patrio victos victor amore colis?” („Jesteś wrogiem czy przyjacielem? Lecz któż chciałby ciebie nazwać wrogiem, skoro pokonanych traktujesz z ojcowską miłością?”)3

 

Szkody, jakie Byczyna poniosła na skutek plądrowania po bitwie, są szacowane na 27.384 talary. Jednak polskie oddziały nie zadowalały się tylko spustoszeniem miasta. Grasowały jeszcze dłuższy czas w okolicy, podpalały wsie, postępowały okrutnie i nieludzko wobec ich mieszkańców, dręczyły i zabijały duchownych, i rabowały wszystko, co im wpadło w ręce. Zostali zamordowani księża z Proślic i Łowkowic, a wiekowy proboszcz z Biskupic okrutnie torturowany i po 14 dniach zmarł. W Smardach ci zwyrodnialcy zamknęli 12 osób w domu i ich spalili. Od Byczyny do Namysłowa wszystkie wioski były wypalone. W nocy z 26 na 27 stycznia naliczono około 200 pożarów; cofającym się od Byczyny wojskom „tak dalece na cztery mile oświetlały drogę, że widziały jak przy najjaśniejszym świetle księżyca.”

Szkody, jakich doznały okolice Byczyny w dniach 24-27 stycznia wynoszą 168.392 talary.

 

Język ludowy wrył w pamięć te wersy:

 

Tysiąc pięćset osiemdziesiąt osiem

To jest ten rok, którym się zajmuję

Z tego powodu świat się nie zawali,

Czasem wręcz dzieją się cuda.

 

Prawie trzy i pół stulecia minęło, od kiedy Byczyna po bitwie pogrążyła się w popiele i ruinach. Jeszcze stoi czterech kamiennych świadków oglądających lament i nędzę tego roku nieszczęścia: Kościół św. Mikołaja i trzy wieże wartownicze.

Pamięć o bitwie przywołały znaleziska, odkryte w 1926 r. podczas robót ziemnych przy domu na ulicy Długiej 128. Pod ruinami domu sprzed około 150-u laty znaleziono spalone resztki jeszcze starszego o glinianych ścianach. Cegły, nadpalone belki, glina, popiół i kamienie polne przemieszały się ze sobą i ich położenie świadczyło, że o wiele niżej był kolejny dom, starszy od tego postawionego po pożarze z 1757 r. i teraz wyburzanego. Wtedy między ulicą a domem znajdował się prawdopodobnie szeroki rów odpływowy, który został wypełniony elementami palącej się chałupy. Ostry zapach ognia dało się odczuć podczas czyszczenia dołu. Ten spalony stary dom z gliny był, jak wszystkie domy Byczyny z owego czasu, kryty strzechą albo gontami i na jego ruinach został zbudowany nowy – teraz rozbierany. Służył do 1588 r. jakiemuś byczyńskiemu mieszczaninowi. Wraz z sąsiednimi i wszystkimi innymi zabudowaniami miasta stał się ofiarą pożaru roznieconego przez polskie zgraje Zamoyskiego. Pod gruzami na głębokości około 1,40 znajdowały się dwa zachowane szkielety i części trzeciego. Czaszka jednego z nich była w całości zachowana, z bardzo dobrym stanem uzębienia i mogła należeć do osoby około 30-letniej. Na prawej ręce znaleziono cienki zieloną patyną pokryty pierścionek i w pobliżu czaszki dwa również spatynowane pokruszone kolczyki.4 Również w pobliżu leżały: ostroga, kilka krótkich żelaznych elementów, kilka końskich zębów. Pod dotknięciem rozpadło się około metra kwadratowego czarnego materiału.

 

Jeszcze kilkakrotnie na ulicy Długiej były wykopywane szkielety przy okazji nowych robót np. przy domach o numerach 130 i 131. Chyba dotyczy to wszystkich tych ludzi, którzy w pożarze po bitwie stracili życie. Ta duża liczba uległych wypadkowi da się wytłumaczyć tym, że ogień na pewno wybuchł równocześnie w kilku miejscach, znalazł dobre warunki wśród drewnianych domów krytych strzechą i rozprzestrzenił się z tak wściekłą prędkością, że ci, którzy niezbyt szybko się ratowali, uciekając na zewnątrz, lub ci, którzy z plądrującymi walczył o swoje marne dobra, czasem może nawet zbyt pazerny rabuś zostali pogrzebani pod walącymi, palącymi się domami. Wewnątrz  znajdowała się też część rannych po bitwie, może też obrońcy muru miejskiego, którzy od grotów kuszy albo od kuli muszkietu zostali ranni i zaniesieni do leżących najbliżej muru  domów ulicy Długiej. Wskutek odniesionych ran, nie mogąc się ratować, podczas plądrowania i pożaru ponieśli śmierć.5

 

Przypisy autora:
1. Więc już wtedy dzieliło się dzień na 24 godziny, jak mówi Ben Akiba?
2. Ta królewska grobla była usypana w 1537 r. na skutek zawarcia ugody między królową Anną z Polski i panem von Korzemirskim właścicielem majątku starostwa Mokrsko.
3. Ten fragment pochodzi z polskiej książeczki „Muzyka anielska” Samuela Ludwika Sassadiusa wydanej drukiem w Brzegu w 1751 r.
4. Sprawdź s. 16
5. Z „Gazety Byczyńskiej” z 8 października 1926.

 

Tłumaczenie: Elżbieta Bereska
Opracowanie: Anna Bereska – Trybuś

Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Komentarze są wyłączone.