Dzień targowy

Dzień targowy
Ein Markttag
(około 1400 roku)

O.F. Glauer,Wie’s daheim einst war. Bilder aus der Vergangenheit der Stadt Pitschen von Otto Fritz Glauer,
Kreuzburg O.S., 1928.
Źródło: Opolska Biblioteka Cyfrowa

Dokument 1

Dokument 2

Dokument 3

Dokument 4

 

 

 

 

 

 

 

W średniowieczu jarmarki miały dla Byczyny o wiele większe znaczenie niż dzisiaj1, ponieważ przez cały rok handel ograniczał się [tylko] do kramów. W dni targowe cały obrót handlowy był wolny, wtedy również przyjezdni handlarze mogli oferować wszystko i w dowolnych ilościach. W dzień targowy przybywali z daleka nie tylko kupcy i handlarze. Jarmark przyciągał też tłumy z okolic, wędrownych uczniów i zakonników, przede wszystkim jednak Polaków zza granicy, ponieważ oferował wiele nowości i atrakcyjne towary. Lucä2 opisuje w swoich pamiętnikach: jak na byczyńskich jarmarkach zjawiali się tłumnie ościenni polscy szlachcice ze swoją świtą, czasem też przybywali przygraniczni wojewodowie, którzy swoją „Insolentien” (bezczelnością) nie tylko nie napędzali byczynianom stracha, ale mieszkańcy często w taki sposób zapędzali ich w kozi róg, że żaden z nich już nie mógł się tu więcej pokazywać.

Początkowo w Byczynie odbywały się dwa jarmarki, mianowicie w poście i na Jana, prócz tego jeden jarmark solny. Dopiero w 1910 r. miasto otrzymało prawo zorganizowania czwartego, w 1644 r. piątego.3

Gdy jest dzień targowy Byczyna wygląda inaczej niż zwykle.  Na ratuszu powiewa czerwona flaga tak długo jak wisi – przyjezdni sprzedawcy mają prawo targowe. Przez wszystkie trzy bramy: Polską, Niemiecką i Piaskową wchodzą do środka chłopi. Przy Bramie Niemieckiej panuje potworna ciżba, bo każdy wóz, który chce przejechać przez wąskie przejście jest przez strażników dokładnie przeszukiwany i pisarz bramny ma pełne ręce roboty. Produkty żywnościowe, których miasto potrzebuje, można wwozić za darmo, wszystkie inne towary są oclone. Chłopskie wozy odprawiane są szybko, dłużej trwa załatwianie interesów przy dużych wozach towarowych, których zawartość jest schowana pod obszernym lnianym przykryciem. Po zakończeniu kontroli kolejka mozolnie toczy się aż do wagi miejskiej przy Ratuszu, gdzie towar jest ważony i zostaje uiszczony podatek.

Na stoiskach i stołach, kramach i ławach są rozłożone towary: produkty miejscowe, ale też przywiezione przedmioty wartościowe i użytkowe. Przed punktami sprzedaży sunie i ciśnie się tłum nabywców: obcy i miejscowi różnorodnie przemieszani. Szczególnie duży ścisk panuje przed ławami chlebowymi i mięsnymi, bo już wtedy dogadzanie sobie ceniono nade wszystko. U piekarzy było dostępne różnorodne niecodzienne pieczywo, mianowicie: precle, strucle, bułeczki solne i ciasteczka, cukiernik miał nawet smażone w oleju pączki, naleśniki i łamańce (rodzaj pasztetów), które jadano na gorąco i które były bardzo pożądane przez delikatne podniebienia.

Sto rzeczy, które jeszcze dziś znajdujemy na naszych jarmarkach, już wtedy było dostępnych, do tego sto innych, które obecnie już nie są znane i których zastosowanie musimy dopiero wyjaśnić. „Czarni szewcy” oferowali ciężkie czarne buty, drobni szewcy zwani „korduaner” ozdobne buty z kolorowej skóry ze szpicami, rymarze – paski i rzemienie, siodlarze – uprząż i siodła, bytomianie – rękawiczki i skórzane torby. Cechowi kowale, którzy ściśle są podzieleni na tych od łańcuchów, od gwoździ, od noży, i wytwórcy zapinek wyłożyli swoje produkty kunsztownej roboty: łańcuszki i gwoździe, noże i zatrzaski, uszka i haczyki.

Kobiety i dziewczynki zaspokoiły swoje zapotrzebowanie na nici i surowe płótno i przebywają teraz mocno zaaferowane przy jednym stoisku, które oferuje istotną nowość: pierwsze szpilki.

Są tu jeszcze kuśnierze, kapelusznicy, bednarze, garbarze farbujący na kolor biały i ci od koloru czerwonego, wytwórcy lin, kół, szkła, dziewiarze, cukiernicy i handlarze przyprawami.

Jednak istota jarmarku w Byczynie skupia się na produktach uprawy roli, hodowli bydła i pszczelarstwa, dlatego więc targi są bardzo popularne wśród ludzi z Polski. Zboże, mąka, len, bydło, skóry, wełna, wosk i miód to główne artykuły handlowe, które cieszą się tu wielkim popytem i którym miasto zawdzięcza swój dobrobyt. Ale też bardzo poszukiwane są różnorodne przyprawy, szczególnie w cenie jest pieprz. Prócz tego można dostać groch, fasolę, mak, kminek, chmiel, owoce, mydło, smołę i tysiąc innych rzeczy codziennego użytku.

Na placu targowym tłum przybyszów i miejscowych jest największy. Między miastowymi i wieśniakami, nobliwymi rajcami i szykownymi paniami cisną się obcy: Polacy i Polki, rycerze ze swoimi paziami z okolicznych zamków, bracia zakonni i siostry z pobliskich klasztorów żyjący według reguł zakonnych, ale mający też prawo bywać w świecie.

Barwne i żywe kolory modnych ubiorów z około 1400 roku: kurtki i kitle rolników, krótkie przylegające kamizelki osób rycerskiego stanu, płaszcze z kapturami ozdobione futrem, do tego różnokolorowe ochraniacze nóg noszone zamiast dotychczasowych trykotowych rajtuz, wreszcie długie ozdobione wiszącymi rękawami ubrania kobiet nadają całości niesamowicie malarski obraz.

Na rogach ulic pokazywane są osobliwości: poskromione węże i kolorowe egzotyczne zwierzęta. Medycy i wytwórcy maści skrzeczącymi głosami polecają na wszystkie dolegliwości ciała swoje mikstury i tinktury. Kłębią się przy nich ludzie, wśród których jest wielu naiwnych, ale też nie wszyscy nimi są.

Muzykanci ze skrzypcami, gitarą i dudami wygrywają swoje wesołe melodie. Przed gospodami cisną się tłumy, a w szynkach panuje rejwach.

Pod wieczór jarmarczna flaga na ratuszu jest zdejmowana i ratuszowy dzwon oznajmia koniec jarmarku. Wtedy wozy i ludzie ciągną do bram na zewnątrz, bramy zostają zamknięte, do miasteczka wraca cisza i spokój. Mieszkańcy po wysiłku i niepokojach dnia wymieniają między sobą wrażenia do czasu aż mrok spowije ulice i zakończy hałaśliwy dzień.

Kilku złodziei zostało ujętych, również nożownik siedzi za kratkami. Mimo ostrych zakazów kilku pijanych kompanów sprawia, że ulice stają się niebezpieczne, jednak nocni stróże i straż miejska uspokajają również i tych niesfornych wyrostków.

Może tutaj znajdzie się miejsce na krótką wzmiankę o cenach i zarobkach ówczesnych czasów. W średniowieczu uciążliwy był sposób płatności i liczenia. Liczyło się w Byczynie właściwie jak dziś w markach, ale ta średniowieczna marka nie była monetą, żadnym banknotem, lecz wagą 159 gramów miałkiego srebra. Taka marka srebrna znaczyła według dzisiejszego pieniądza około 28 Reichsmark4. Marka dzieliła się na 4 wiardungi (niem. Vierdung5– przyp. tłum.), wiardunek na 6 skot, skot na 4 kwarty, jedna kwarta na 6 harów lub fenigów. Jedyną bitą monetą był srebrny denar, który miał wartość około 5 fenigów. By więc na przykład zapłacić 1 wiardunek, musiało się albo 144 srebrnych fenigów pojedynczo wyliczyć, albo odważyć na wadze tyle połamanego srebra aż osiągnięto wagę jednego wiardunka (ok. 40 gram). W Czechach i Saksonii  używało się groszy i fenigów i, gdy Byczyna wraz z Brzegiem była czeskim lennem (1329), również w Byczynie zaczęto liczyć w  groszach Jedna marka (marca argenti puri6) zawierała 48 praskich groszy, jeden grosz – 9 fenigów, później jako „nowy grosz” – 12. Niemiecki porządek (guldeny i krajcary (niem. Kreuzer7 – przyp. tłum.)) został w Byczynie wprowadzony dopiero w XVI w. przez księcia Grzegorza II.

Siła nabywcza tego pieniądza w czasach, o których opowiadamy, była znacznie wyższa niż dzisiaj. Liczono na przykład za konia 35 (dzisiejszych) marek, za jedną krowę -16, za świnię – 4 marki, owcę – 1,40, za metr zboża (6,60 hektolitrów) – 7 marek. W przeciwieństwie do tego suknia kobieca kosztowała 28 marek, a płaszcz damski – 14, co przy ówcześnie panującej modzie jest łatwo wytłumaczalne. Mężczyźni i kobiety starali się na wyścigi, gdzie się tylko zjawiali, kosztownie się nosić i dlatego zużycie kolorowych i drogich materiałów było bardzo duże. Również ci, którzy musieli płacić podatki lub potrzebowali większej sumy pieniędzy i z tego powodu musieli sprzedać zboże lub bydło, byli w trudnym położeniu, ponieważ za swój towar dostawali mało pieniędzy w stosunku do dzisiejszych możliwości.

Zarobki pracownicze z owego czasu wydają się nam dziś śmiesznie niskie. W 1426 roku  krawcowi płacono za wykonaną pracę [następująco]: za jedną parę prostych nieocieplanych spodni 2 denary, za takie same  spodnie, ale z łatami wzmacniającymi z tyłu i z przodu – 8 denarów, za płaszcz – 18. Szewc otrzymywał za sporządzenie pary chłopięcych butów 22 fenigi, za parę butów dla rolnika – 30 fenigów, za jedną parę solidnych butów dla rzeźnika – 36. Murarz dostawał dziennie 22 fenigi, a gdy był majstrem – 27 fenigów. Cieśli płacono dziennie 9 fenigów wraz z wyżywieniem, najemnikowi dziennemu wypłacano 12 bez wyżywienia, przy czym ustalono, że w czasie letnim i zimowym pracuje się od wschodu do zachodu słońca i kto się tym nie zadowoli, ten będzie nieakceptowany w mieście oraz na przedmieściu i przepędzony.

Tak wyglądały stare czasy, nie zawsze dobre dla bumelantów!

Przypisy:

  1. O. F. Glauer  mówi o latach 20-tych XX w. Wstęp do książki, z której pochodzi tekst, jest opatrzony rokiem 1928.
  2. Friedrich Lucae – śląski pastor i kronikarz przełomu XVII i XVIII w.
  3. W tekście oryginału nastąpiła ewidentna pomyłka w zapisie kolejności dat.
  4. waluta dostępna w Niemczech w latach 1924-1948.
  5. wiardunek, ferton – 1/4srebrnej marki (marca argenti)
  6. marka czystego srebra
  7. drobna moneta, od XIII w. bita w Tyrolu, początkowo pojawiał się na niej wizerunek krzyża, stąd nazwa

Tłumaczenie: Elżbieta Bereska
Opracowanie i przypisy: Anna Bereska – Trybuś

Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Komentarze są wyłączone.